Telefony, dzwonki i inne znaki...
Co jakiś czas Ewa słyszała sygnał dzwonka, czasem telefonu, ale nikogo nie zastała ani pod drzwiami/furtką, ani też nie było słychać rozmówcy po drugiej stronie telefonu. Potem dowiadywała się, że w dniu w którym zadzwonił dzwonek, zmarł ktoś ze znajomych, zaś gdy dzwonił telefon, okazało się, że ktoś w tej chwili zamierzał się z nią skontaktować. To były niewytłumaczalne zjawiska ale bynajmniej nie wymyślone ponieważ, świadkowie zdarzeń również słyszeli te sygnały.
Jedno z takich wydarzeń miało miejsce w czasie, gdy zmarła kolejna jej koleżanka.
Nela chętnie przyjeżdżała na spotkania klasowe, zawsze była wesoła, uśmiechnięta, choć los nie zawsze był dla niej łaskawy. W swoim czasie przeżyła również ból i rozczarowanie. W ostatnim zjeździe nie uczestniczyła, gdyż skarżyła się na problemy zdrowotne. Potem było już tylko gorzej. O śmierci Neli, Ewa dowiedziała się na początku lutego. Powiadomiła koleżanki i kolegów ale z uwagi na dzień pochówku (w środku tygodnia), zaledwie 4 osobom udało się uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych. Ustalili między sobą, że zamówią mszę w intencji Neli od kolegów i koleżanek z klasy licealnej, tak, żeby więcej osób mogło pomodlić się w jej intencji. Ewa obiecała, że zajmie się tym. Jeszcze tego samego dnia, chwilę po powrocie z pogrzebu, w mieszkaniu zadzwonił dzwonek. Dzwonił bardzo długo, więc Ewa pomyślała, że ktoś zbyt mocno nacisnął guzik i ten nie odskoczył. Dzwonek umieszczony był na furtce. Wyjęła więc baterie, bo przecież można było oszaleć od tego dźwięku (!) i poszła sprawdzić co się stało, jednak wszystko było w porządku. Baterie wróciły więc na swoje miejsce. Następnego dnia wieczorem, dzwonek znów zaczął dzwonić. Cała rodzina wystartowała na równe nogi. Nikogo pod furtką nie było. Ewa przypomniała sobie o obietnicy zamówienia mszy, powiedziała więc do męża: ,, Muszę tę mszę zamówić, bo Nela nie da mi spokoju"... Następnego dnia zapomniała, czy też nie miała czasu, więc dzwonek zadzwonił po raz trzeci! Było to około 22:30 (poprzednio po 23:00); nazajutrz zaraz z rana wysłała maila do proboszcza, dokonała przelewu i... wszystko wróciło do normy. Dzwonek przestał wariować, msza została odprawiona, a tego samego dnia wprowadzono zakaz uczestnictwa wiernych w obrzędach w liczbie większej niż 10 osób z uwagi na szerzącą się pandemię koronawirusa. Wtedy też skorzystała z możliwości spowiedzi. Przez następne tygodnie obrzędy kościelne uległy radykalnym zmianom. Komunię należało przyjmować na rękę a nie do ust, zalecano uczestnictwo w liturgii poprzez dostępne kanały telewizyjne i internetowe, by ograniczyć możliwość kontaktowania się z innymi osobami. W cztery miesiące później, miała dziwny sen... W tym śnie, wyjmowała z szafy swoje stare ubrania, które nosiła na sobie przed blisko 30 laty! Ważyła wówczas o 20 kg mniej! Od dawna nie miała już tych ubrań. Przyśnił jej się też pociąg...
W niedługim czasie w mieszkaniu zaczęły się dziać dziwne rzeczy, zjawiska... Gdy z oboje z mężem byli w pracy, matka wyraźnie słyszała krzątanie się kogoś na piętrze. Zdając sobie sprawę z tego, że na górze nikogo nie powinno być, poszła sprawdzić. Dziś przyznaje, że miała ciarki gdy otworzyła drzwi przedpokoju, zawołała : „ Jest tu ktoś?" - ale nie otrzymała odpowiedzi.
W najbliższych dniach mąż zachorował na koronawirusa i trafił do szpitala. Nazajutrz wieczorem, Ewa usłyszała wyraźne stąpanie po dachu w chwili, gdy oglądała film. Wybiegła na balkon, wołała syna ale nikt nie odpowiadał. Pomyślała, że on tam jest ale nie daje się znać; kto wie, co mu strzeli do głowy? Zbiegła schodami w dół, by z podwórza sprawdzić kto jest na dachu? Obeszła dom ze wszystkich stron ale nikogo tam nie było. Zadzwoniła do syna i wtedy dowiedziała się, że jego nie ma w domu i że tylko wpadł po coś na sekundę do swojego pokoju a teraz jedzie samochodem ze swoim kolegą. Dałaby sobie głowę uciąć, że słyszała na dachu kroki, tak jak wówczas gdy ukończył liceum i tańczył z radości na dachu. Pozamykała w popłochu balkon i drzwi wejściowe do mieszkania a serce o mało jej nie wyskoczyło.
W niedługim czasie w mieszkaniu zaczęły się dziać dziwne rzeczy, zjawiska... Gdy z oboje z mężem byli w pracy, matka wyraźnie słyszała krzątanie się kogoś na piętrze. Zdając sobie sprawę z tego, że na górze nikogo nie powinno być, poszła sprawdzić. Dziś przyznaje, że miała ciarki gdy otworzyła drzwi przedpokoju, zawołała : „ Jest tu ktoś?" - ale nie otrzymała odpowiedzi.
W najbliższych dniach mąż zachorował na koronawirusa i trafił do szpitala. Nazajutrz wieczorem, Ewa usłyszała wyraźne stąpanie po dachu w chwili, gdy oglądała film. Wybiegła na balkon, wołała syna ale nikt nie odpowiadał. Pomyślała, że on tam jest ale nie daje się znać; kto wie, co mu strzeli do głowy? Zbiegła schodami w dół, by z podwórza sprawdzić kto jest na dachu? Obeszła dom ze wszystkich stron ale nikogo tam nie było. Zadzwoniła do syna i wtedy dowiedziała się, że jego nie ma w domu i że tylko wpadł po coś na sekundę do swojego pokoju a teraz jedzie samochodem ze swoim kolegą. Dałaby sobie głowę uciąć, że słyszała na dachu kroki, tak jak wówczas gdy ukończył liceum i tańczył z radości na dachu. Pozamykała w popłochu balkon i drzwi wejściowe do mieszkania a serce o mało jej nie wyskoczyło.
